Polski konsument często niepotrzebnie obawia się soli, cukru czy laktozy i glutenu
01.10.2019 -
– Dzisiejszy konsument często myśli, że ma dużą wiedzę, ale kłopot polega na tym, że ta wiedza pochodzi z różnych źródeł, często marketingowych, a nie naukowych. Niestety sama nauka rzadko jest podawana w atrakcyjnych czy chociaż zrozumiałej formie – powiedział Edward Bajko, prezes Spomleku podczas Podczas Wschodniego Kongresu Gospodarczego odbyła się debata pt. Nowe trendy na rynku żywności.
– Nauka brzmi nudno, a naukowcom, ludziom o ogromnej wiedzy, niestety ciężko ją przekazać masowemu odbiorcy – uważa szef Spomleku.
W jego opinii, przekonanie konsumentów o wiedzy wpływa na działania marketingowe. Konsumenci często boją się różnych rzeczy, ale nie zawsze słusznie. – Obawiają się soli czy cukru, czego nadmiar faktycznie może być niebezpieczny. Ale obawiają się także rzeczy całkowicie nieszkodliwych jak gluten czy laktoza. Oczywiście dla osób z nietolerancja obie te substancje mogą stanowić problem, ale dla przytłaczającej większości osób są nieszkodliwe, co więcej, rezygnacja z nich może mieć konsekwencje zdrowotne – podkreśla. Jego zdaniem, nie można rozkładać produktu na czynniki pierwsze. Trzeba na dany produkt patrzeć całościowo. Prezes Bajko wyraził także sceptycyzm co do superfoofds. – Nie przeceniałbym także tzw. superfoods. Czy jakaś jagoda tybetańska ma jakieś cudowne właściwości, trudno powiedzieć. Może mieć dokładnie takie same właściwości jak rodzima marchew, ale sprzedaje się znacznie lepiej – dodał. Swoją wypowiedź spuentował stwierdzeniem, iż dobrze, że ludzie chcą wiedzieć więcej, że czytają i się ogólnie interesują, ale to wszystko musi mieć podłoże naukowe. Bez rzetelnej wiedzy i solidnych podstaw rodzi się chaos informacyjny.
Edward Bajko nawiązał do budowania przekazu marketingowego. Jego firma ma stosunkowo wąską specjalizację – produkuje sery żółte. Te zaś oferuje w dwóch segmentach. Są to sery śniadaniowe pod marką Serenada oraz sery długo dojrzewające pod marką Bursztyn. – Dla obu mamy różne strategie marketingowe, ale łączy je jedna wspólna cecha. Serenada jest dobra na kanapkę. Przekaz marketingowy pokazuje pozytywne emocje, że świat jest fajny. Z kolei Bursztyn sprzedajemy z przekazem czerpania przyjemności z jedzenia, czy raczej smakowania. Bursztyn ma podnosić ego, nobilitować. Tą wspólną cechą obu przekazów jest uczciwość. Oba produkty w rzeczywistości są takie jak je przedstawiamy – mówił prezes Bajko. Zaznaczył, że ser długodojrzewający, to nie ten, który długo leży na półce. Jest to cały proces jego dojrzewania i pielęgnacji.
Zwrócił uwagę, że produkty spożywcze można podzielić na te, który mają duży potencjał do opowiedzenia historii, oraz te, które są jednorodne, mniej ciekawe. Do pierwszej grupy zaliczył oczywiście ser, ale także piwo czy wino. W drugiej grupie wymienił mąkę, sól czy cukier.
Podkreślił, że chociaż terminy takie jak „lokalne”, „z zielonych płuc Polski”, „babciny” czy „rodzinny” mają dużą siłę marketingową, to jednak siła przekazu tego typu słabnie. – Te terminy są tak mocno eksploatowane, że wkrótce się zdezaktualizują. Nawet ser koryciński, odkąd jest dostępny w jednej z dużych sieci dyskontowych, przestał być lokalny – uważa prezes Spomleku. Dodał, że obecnie nikogo nie stać, aby produkować mleko inaczej, niż w sposób najbardziej efektywny. – Tak jak nikt nie doi ręcznie krów, tak samo nikt zboża nie kosi kosą lub sierpem. Produkując żywność, nawet lokalną czy ekologiczną, trzeba to robić efektywnie i nowocześnie – podkreślił.
Odniósł się również do opinii, że wzrost zamożności spowoduje zwiększenie popytu na produkty ekologiczne czy naturalne. – Uważam, że wcale nie musi się tak stać. Owszem może, ale wcale nie musi. Problem polega na tym, że Polacy nie chcą płacić dużo więcej za produkty ekologiczne czy lokalne. To, że kogoś na coś stać, nie oznacza, że on to wybierze. Lokalny produkt nigdy nie będzie tańszy, a w dalszym ciągu w decyzjach zakupowych liczy się przede wszystkim cena.
(01.10.2019 za Roman Wieczorkiewicz, portalspozywczy.pl, fot. PTWP)






